Zawsze w takich chwilach człowiek liczy na to, że ktoś pomoże mu podjąć trudną
decyzję. Patrzyliśmy bezradnie na Senę. Choć zazwyczaj dostawała szału w
przychodni – nie lubiła wizyt u weterynarza – tym razem spokojnie leżała na
metalowym stole. „Daj nam jakiś znak. Powiedz, że to słuszne, co zamierzamy
zrobić” – szeptała do ucha Seny żona, wciągając w siebie cały jej zapach.
Głaskaliśmy ją po głowie. Chwilami nasze dłonie spotykały się w przelotnym
uścisku, choć oczy unikały spojrzenia. Wiedzieliśmy, że pomoc znikąd nie
nadejdzie. Decyzja należała do nas.
Okruchy większej całości są podróżą w krainie pamięci naznaczonej psychiczną
chorobą ojca i matczynym sklejaniem rodziny. Wchodzimy w labirynt malowany
emocjami dziecka, ale naszym przewodnikiem jest dojrzały mężczyzna. Frymorgen
emigruje w przeszłość z fotograficzną precyzją. Odwiedza wiejski krajobraz
PRL-u eksponując w kadrze jego obrazy, zapachy i dźwięki. Nie poleruje
wspomnień. Zachowuje proste, lakoniczne pióro. To jego debiut literacki.
Zawodowo od lat zajmuje się dziennikarstwem. Jest brytyjskim korespondentem
radia RMF FM. Jak podkreśla autor, do pisania skłoniła go pandemia, a
zainspirowała psychoanaliza jungowska, której poddał się w dorosłym wieku. Z
krótkich miniatur wyłania się celebracja życia. Z wdzięcznością miesza się
szorstka ocena przeszłości. Frymorgen zaznacza w tekście, że pamięć nie jest
bliźniaczą siostrą prawdy. Okruchy są bardzo subiektywnym śladem pozostawionym
na własnym kawałku ziemi. A może uniwersalnym świadectwem człowieka?
Raport z oblężonego umysłu jest chronologicznym zbiorem felietonów, które
powstawały od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Wprawdzie Frymorgen
relacjonował wydarzenia związane z wojną na antenie radia, te eseje nie wyszły
spod pióra dziennikarza. Napisał je mężczyzna w starszym wieku mąż i ojciec.
Także dziadek. Kronikarz i obywatel świata. To próba osobistego zmierzenia się
energią, która w trzeciej dekadzie XXI wieku zepchnęła człowieka na skraj
przepaści. Wydarzenia, miejsca i nazwiska tworzą w tej książce jedynie stelaż.
Autor napina na nim emocje, reagując na doniesienia ze wschodu. Staje się
echem wojny. Oblężony umysł Frymorgena jest uniwersalnym zapisem traumy, jaką
zaserwowali światu bezlitośni ludzie.
Syrakuzy są bezpretensjonalne. To nie Wenecja z armią oszukańczych
restauratorów i natrętnych gondolierów. Nie muszę łapać się za portfel ani
uważać na słowa jestem tu szanowanym gościem. Najbardziej ujmuje mnie
szczerość, z jaką mieszkańcy przyjmują komplementy. Lubią, gdy ktoś ich
docenia. Nawet jeśli nie władają angielskim, ich język ciała mówi: grazie!
Dwie butelki sycylijskiego wina za dziesięć euro? po co płacić więcej, skoro
lokalne jest dobre. Właściciel sklepu za rogiem jest nad wyraz cierpliwy. Nie
ponagla. Pozwala mi wybierać. Zachodzę do niego codziennie. Nie znam jego
imienia, ale uśmiech z pewnością zapamiętam. Żartujemy na migi. Prosi, żebym
odwiedził go znowu. Zatrzymujemy się u przyjaciół. Mieszkają niedaleko placu
św. Filipa, z kościołem, który kiedyś był synagogą. W jego podziemiach
znajduje się ponoć najstarsza mykwa w Syrakuzach. To dawna dzielnica żydowska.
Internetowy sygnał gubi się w renesansowych murach.
Frymografia to wielowątkowy esej o postrzeganiu świata i osobistym przeżywaniu fotografii. Autor, korzystając z pretekstu zdjęć, opisuje subiektywną relację z rzeczywistością za pośrednictwem aparatu, kierując obiektyw na różne aspekty życia. W ascetycznej prozie Bogdana Frymorgena przenikają się historia i współczesność, a autor opowiada o przejściu z amatorskiej fotografii do dojrzałej. Książka ukazuje fotografa jako misjonarza, a Frymorgen, dziennikarz i londyński korespondent radia RMF FM, dzieli się swoimi doświadczeniami, które obejmują wystawy, albumy oraz nadzór nad projektami fotograficznymi i literackimi. Jego teksty uniwersalizują ludzką kondycję, ukazując różnorodne konteksty. Miejsca nie są jedynie tłem, a czas przestaje być linearny. Frymorgen porządkuje świat na swoich zasadach, unikając fetyszyzowania techniki. Wprowadza pojęcia kadru pierwotnego i pre-wizualizacji, które pomagają mu w twórczości. Fotografia staje się formą terapii, narzędziem do godzenia się z przeszłością. Autor eksploruje różne miejsca, od Londynu po Mazury, a jego styl łączy poetycką prozę z reportażem. Frymorgen umiejętnie dobiera słowa, wyznając zasadę „mniej to więcej”, a jego szczera proza ukazuje światło i cień związane z pasją, która ma swoje koszty.
Miniatury londyńskie są uniwersalnym spojrzeniem na brytyjską stolicę. Nie
znajdziecie w nich Pałacu Buckingham ani wieży Big Bena te opowieści mogły
powstać pod każdą szerokością geograficzną. Tylko ich temperatura jest
londyńska. Także oko autora, który od wielu lat mieszka nad Tamizą. Mówi na
Londyn Piękny Brzydal i tak go fotografuje. A teraz opisał swoje miasto z
charakterystyczną czułością. Frymorgen odsłania mroczne zakamarki ale bardziej
człowieczeństwa niż metropolii. Często zaczyna od statycznego kadru, by ożywić
go zaskakującą dynamiką słowa. Niektóre opowieści są bardzo osobiste, inne
napisane zostały z większym dystansem. Łączy je próba opisania kondycji
człowieka żyjącego w wielkim mieście. Bohaterowie tej prozy mówią do nas po
polsku, ale czują po angielsku. Frymorgen sam siebie nazywa hybrydą z dwoma
paszportami w kieszeniach i jednym, rozszczepionym językiem. W Miniaturach
syczy enigmatycznie o Londynie. To nie jest dla niego owoc zakazany.
Początek wszystkiego jest trenem napisanym po śmierci matki. Frymorgen
przeżywa ją z dziecięcą szczerością, ale prowadzi przez labirynt uczuć
dorośle, bez melodramatu. Jesteśmy świadkami stopniowego oswajania żałoby.
Autor nazywa ją potworem: Czasami ocieka śluzem, innym razem nosi zatruty
pióropusz i wściekle miota ogonem. Może też przybrać postać niewinną łasi się
wtedy puszyście, by w ułamku sekundy wbić zęby w aortę. Kronika Frymorgena
posiada swój muzyczny rytm i intensywność zróżnicowaną batutą czasu.
Wewnętrzne impresje przeplatane są lapidarnymi wspomnieniami. Czasami punktem
wyjścia jest złożony pod mikroskopem kadr z rodzinnego albumu, innym razem
odległa historia, która uniwersalizuje najprostsze doświadczenia. Momentami
brutalna, ale i rozbrajająco czuła książka, jest zapisem bolesnego rytuału
przejścia. Dla jednych będzie projekcją nieuniknionego, dla innych powtórką z
zaliczanego cierpienia. To emocjonalna transfuzja z żyły do żyły. Warto ją
przeżyć.
Skupiam się na ostatniej sekundzie ciszy przed początkową Arią i na tej
pierwszej po końcowej. Jakbym dotykał wszechświata przed narodzinami i po
zgonie. W kilkudziesięciu minutach muzyki Bach zawarł metaforę życia. Aria
jest jej komórką pierwotną – embrionem, z którego wszystko wynika. Od niej
zaczyna się homerycka podróż na klawiaturze, gdzie zakodowane są ludzkie
tragedie i radości – to “być albo nie być” w pigułce. Wariacje są filozoficzną
syntezą naszej chwili na Ziemi, pełną olimpijskich uniesień i upadków. Także
zabawnych zbiegów okoliczności i stanów zadumy. Słuchając Wariacji
Goldbergowskich, starzeję się wraz z Bachem w jedynie słusznym kierunku.
Chwyta mnie za ucho jak ojciec, ale pozwala dojrzewać we własnym rytmie. Jest
uniwersalnym przewodnikiem duszy – już po pierwszym łyku tlenu wiemy przecież,
że będzie ten ostatni. Podobnie jest z Wariacjami. Jeśli przejdziemy przez nie
roztropnie, w numerze trzydziestym czeka nas rozgrzeszenie, a końcowa Aria
wcale nie musi być strachem wszystkich strachów. W niej pojawia się zapowiedź
wniebowstąpienia, które nie potrzebuje religii – tak brzmią akordy
nieśmiertelności. Autor